Autor:  Weronika 2021-10-08

Relacja z etapu letniego kursu taternictwa jaskiniowego: Czego tu nie lubić?

(0 głosów)

W dniach 5-12.09. 2021 w Tatrach odbył się etap letni kursu taternictwa jaskiniowego prowadzonego przez Speleoklub Warszawski, w którym udział wzięli: Jan „Jancio”, Piotr „Piter”, Maciej, Paweł oraz Łukasz pod przewodnictwem instruktora Marcina Gali oraz Patryk, Miłosz, Damian M., Damian N. i Artur z instruktorem Krzysztofem Recielskim. Trzecia grupa w składzie: Katarzyna, Łukasz, Mateusz i Andrzej pod okiem instruktora Piotra Sienkiewicza odbyła etap w 2 weekendy 13-15.08.2021 oraz 10-12.09. 2021. Kursanci w tym czasie zawitali do wielu jaskiń, m.in. Pod Wantą, Marmurowej, Ptasiej Studni, Kasprowej Wyżniej i Średniej, Czarnej, Wielkiej Śnieżnej oraz Wodnej pod Pisaną. Zapraszamy do przeczytania relacji z akcji w Jaskini Wielkiej Śnieżnej okiem kursanta 

CZEGO TU NIE LUBIĆ?

„Herbata stygnie, zapada zmrok

A pod piórem ciągle nic”

                             (c) Hey – Teksański

Rozglądam się wokół, to nie ten przypadek, tutaj każdy coś robi. Pod moim piórem rozpisane odpowiednie liny w podziale na komplety. Maciek woruje, Paweł szuka kolejnych metrów, Piter obrabia już następną, ja odliczam karabinki, Łukasz szuka worka. Wkrótce obok regału pojawia się rząd ponumerowanych pakunków. W środku ponad 400 m „nici”. Długo nie postoją. Lecimy pakować plecaki. 

Jutro ostatnie duże wyjście. W półśnie uwijamy się jak w mrowisku, aby tylko szybciej skończyć, aby czym prędzej się już położyć. Zimne piwko poczeka kolejną noc w lodówce. Pobudka o piątej. Już mi wszystko jedno o której…

O dziwo rano budzę się dość przytomny i chętny do wyjścia. Ubieranie, śniadanie i ładowanie się do auta. Na parking Doliny Małej Łąki nie dotarła jeszcze obsługa. Normalni ludzie po prostu jeszcze śpią.

Wyskakujemy z ciepłego pojazdu. Niespodziewany ciężar na plecy, w nóżki zimno, a tu jeszcze trzeba trzymać przyzwoite (jak na kadeta) tempo marszu pod górę. Czego tu nie lubić?

Dusimy, zdyszani, nabierając z mozołem kolejnych metrów nad poziom morza, powtarzając sobie w myślach, że przecież to ostatnia prosta (prosta?!?) i że tylko czekać mety. Nieboraki, nie zdajemy sobie jeszcze sprawy co nas dzisiaj czeka!

Dotarcie pod otwór otchłani idzie nadspodziewanie gładko. Nie ma wszakże konieczności pokonywania Kobylarzowego Żlebu czy innych tego typu atrakcji, idealnych dla objuczonych spacerowiczów ze stolicy.

Znowu trzeba się przebrać, ale tym razem z czystych w brudne. Dziwne, zawsze robiłem odwrotnie. Człowiek się uczy…

Marcin, nasz instruktor, obiecywał tylko obserwować z dystansu nasze poczynania, gdy tymczasem okazało się, iż potrafi znienacka zaskoczyć nas swoim śpiewem. Kolejny raz wybrzmiewa przebój kursu: „Motylki, motylki, nie tracą ani chwilki”. Wiem co czują..

           Na pierwszy rzut do poręczowania leci Piter, pod czujnym okiem tegoż śpiewającego instruktora.  Szybko biorą się za robotę, kolejne worki systematycznie przekazywane są do przodu. Moja nadzieja na zawiązanie dzisiaj chociaż kilku węzłów dość szybko znika za stertą rzeczy do ogarnięcia. Ledwo się wyszykowałem, muszę pędzić za nimi na dół. A gdzie tu czas na podziwianie tej pustki, gdzie czas na delektowanie się ciszą, na nakręcenie kilku kolejnych scen relacji filmowej? Gdzie wreszcie choćby chwila na podrapanie się w głowę i zastanowienie „po co ja się tu pcham?”. Chociaż to akurat jest jasne. Bo lubię.

Lodospad, Studnia,  Płytowiec, Sala Trójkątna, znowu jakiś Płytowiec, woda. Co to było? Szczelina, zjazd, Wodociąg, zapieraczka, trawers i na końcu Suchy Biwak. Cel upragniony. Mały, przytulny, rzeczywiście suchy. W kątach poupychane karimaty i pomięte folie NRC. W końcu możemy się nieco rozejrzeć. Ładujemy baterie przez żołądek. Batony, knoppersy i kolejne hektolitry elektrolitów. Żartujemy sobie o „trasach wspinaczkowych” i „torbach na liny”…

Jeszcze tylko trzeba wrócić. Suchy biwak, trawers, zapieraczka, wodociąg, w górę po linie, szczelina. Mijamy grupę Krzysztofa. Weseli, śmieją się, żartują. Zapomnieli widocznie, że to oni deporęczują i znoszą do bazy wory pełne mokrych lin. Ale pospali za to dwie godzinki dłużej. Może i warto?

Płytowce pikuś. Studnie mamy już przećwiczone. Lodospad śliski. Na wyjściu lodowaty przeciąg, a chwilę później słońce, łąka i chmara owadów. W bliskim planie krzyż na Giewoncie i sznur mróweczek w jego kierunku, na samej grani.

Przez chwilę zachwyt i wielkie szczęście. Potem rosnąca tęsknota za powrotem pod ziemię. Tam gdzie ciemno, zimno, nieprzyjaźnie. Czasem również mokro, brudno i ciasno. Czego tu nie lubić?

Relacja: Jan Grzeszek

Zdjęcia: Jan, Maciej, Łukasz

Przeczytano 75 razy

Podziel się

share on facebook share on linkedin share on twitter

Współpracujemy z:

 

 

Jesteśmy członkiem PZA 
Współpracujemy z e-przemek.pl
 

 

Skontaktuj się z nami

Masz pomysł na ciekawą wyprawę, projekt?

Chciałbyś poznać wyjątkowych i wyjątkowo dzielnych ludzi?

Chciałbyś spróbować swoich sił w poruszaniu się po górach i jaskiniach?

skontaktuj się