Autorka:  2015-07-29

Tatry prawie z lotu ptaka – Gerlach + Lodowa Litworowa na weekend

(5 głosów)

Opowieść o tym że:

1. sen jest zupełnie zbędny i należy go ograniczać do niezbędnego minimum;

2. pogoda w górach płata figle i należy się z tym… pogodzić; 

3. telefon od Przyjaciela może zdarzyć się wszędzie;

4. chudemu nie zawsze najłatwiej w zacisku;

5. lufa na powierzchni i lufa w jaskini to zupełnie dwie różne sprawy;

6. w Wielkiej Świstówce mieszka misio, ale nie pożera grotołazów tylko borówki;

 

17.07 trójka śmiałków obładowanych sprzętem wspinaczkowo-jaskiniowym pomknęła niebieską strzałą model Matrix w kierunku Zakopanego. Po ok. 10 km trasy wyjazd stanął pod znakiem zapytania, kiedy to zupełnie znienacka nastąpiła awaria tłumika i konieczna okazała się wizyta w warsztacie samochodowym. Dzięki magicznym zabiegom Pana Mechanika pojazd przestał wydawać dźwięki rozjuszonego choppera i trasa mogła być kontynuowana bez dalszych przeszkód. 

Na bazę docieramy ok. 2-iej w nocy. Pora zacna, szczególnie, że o 5 rano umówieni jesteśmy w Kościelisku z Mariolką. Kłaść się czy nie? - oto jet pytanie… Decydujemy, że kielonek na dobry sen i cała godzina na regenerację ciała i umysłu wystarczą. Budzik o 4-tej brzmi jak głupi dowcip. Osobiście czuję się jak po całonocnej libacji. Jedziemy po Mariolkę i razem ruszamy w kierunku Vysokich Tatr.  Starość nie radość – decydujemy się na płatną podwózkę pod Dom Śląski. Dzięki temu 2-godzinne podejście pokonujemy w ok. 15 minut. Na miejscu wzmacniamy się wliczonymi w cenę biletu kawą i ciastkiem. Mariolka wyciąga sprzęt fotograficzny i kamerę, ostatni rzut oka na mapę i ruszamy Doliną Wielicką w kierunku Polskiego Hrebenia. Pogoda jest przecudna i nic nie zapowiada, że wkrótce nastąpi jej załamanie. Ok. 10:00 wbijamy się na Wielicki Szczyt. Widoki są wspaniałe i co chwilę przystajemy na małą sesję foto. Mariolka kręci filmy. W międzyczasie niebo na wschodzie granatowieje, a ponure grzmoty wskazują na zbliżającą się ulewę. Pierwsze krople deszczu spadają, kiedy dochodzimy do Litworowego Szczytu. Nie ma wyjścia - wycofujemy się do Doliny Wielickiej. Rozsądek podpowiada, że jest to jedyna słuszna decyzja. Pozostaje jednak żal, że cel znajdował się w zasięgu ręki, a nie został zrealizowany. Jak ja nie cierpię takich niedokończonych „tematów”. Nie ma rady – trzeba będzie tu wrócić w najbliższym terminie. W strugach deszczu schodzimy do Śląskiego Domu, łapiemy transport na dół i wracamy na bazę. Padam na łóżko i tutaj następuje kilkugodzinna luka w relacji. Czyżby jednak sen był potrzebny?

Wieczorem pakujemy liny na niedzielną akcję w jaskini Lodowej Litworowej. Celem nadrzędnym wyjścia jest rozpoznanie połączenia z Ptasią Studnią, mamy jednak nadzieję na dojście do starego dna w Ptasiej Studni. Z bazy ruszamy czteroosobową ekipą ok. godz. 6 rano. Podejście na Przysłop Miętusi i dalej - w stronę Kobylarzowego Żlebu - idzie nam całkiem sprawnie. Ok. 9 tej jesteśmy na Czerwonym Grzbiecie. „Teraz już z górki”, myślę, ale jak to zwykle bywa – jak coś ma być łatwo to zwykle wychodzi inaczej. Jakoś udaje nam się zgramolić na dno Dolinki Litworowej. No i jak to – dlaczego tu nie ma ścieżki? Przecież ścieżki są wszędzie, bo i grotołazi łażą wszędzie to i ścieżki być muszą… A tutaj nie. Czyżbym w upale pomyliła dolinki? Pomyłki jednak nie ma i ścieżki również nie. Jakoś pokonujemy zalegające dno Dolinki gołoborza i docieramy nad krawędź Litworowego Progu. Z niepokojem myślę o drodze powrotnej. Nie podoba mi się podchodzenie po tym „czujnym” terenie na Czerwony Grzbiet, a potem drałowanie w dół Kobylarzem. Na szczęście opatrzność czuwa. Dzwoni do nas Sławek z Zakopanego i informuje, że Próg jest zaporęczowany i możemy z wiszących lin skorzystać. Informacja fantastyczna – to skróci nam drogę powrotną pewnie o 2 godziny. Teraz już trzeba tylko „odbębnić” dziurę, a w nagrodę czeka nas panoramiczny zjazd do Wielkiej Świstówki.

Ścieżka na dojściu do Lodowej Litworowej jest tak wyraźna, że nie sposób jej nie zauważyć. Pokonujemy eksponowany żlebik i po chwili stoimy pod otworem. Sama akcja przebiega w marę sprawnie. Tylko w salce nad Lodospadem czyhają na nas niestabilne kamienie i żwir. Mariusz wywołuje prawdziwą lawinę, na szczęście ofiar w ludziach nie ma (faceci są jednak niezgrabni ;)). Poniżej Lodospadu otwiera się przed nami ok. 50 metrowy meander, niezbyt przestronny, ale też daleko mu do prawdziwych ciasnot, z którymi zmierzyłam się na innych akcjach. Docieramy do I-ej studni. Poniżej następuje chwilowe spowolnienie akcji (Lechu coś ściemnia, że się w Zacisku Nietoperzy nie mieści, ale na wciągniętym brzuchu daje radę). Kaskady, kolejna studnia i dochodzimy do połączenia z Ptasią. Robię szybki rekonesans i gramolimy się z powrotem. 

Na powierzchni jesteśmy ok. 16-tej. Chłopcy przebierają się w stroje wyjściowe – podejściowe, bo zjazd Progiem godny ma być (ponoć). Dziewczyny decydują się na zjazd w rynsztunku bojowym. Ponieważ Sławek ostrzega nas przed luźnymi kamieniami i ryzykiem zrzucenia czegoś na osoby znajdujące się poniżej, na wszelki wypadek zjeżdżamy z plecakami na plecach. Co za głupi pomysł – trzeba było je podpiąć pod uprzęże przynajmniej na eksponowany, drugi odcinek linowy, biegnący poniżej Jaskini nad Dachem. Ten fragment zjazdu robi naprawdę duże wrażenie i kolana miękną jak się tak wisi na cienkim sznureczku 100 metrów nad dnem Wielkiej Świstówki, bez żadnego kontaktu ze ścianą. Jak to dobrze, że w jaskiniach jest ciemno i człowiek nie widzi ekspozycji zbyt wyraźnie. Zjazd z plecakami nie jest komfortowy, jest mi potwornie ciężko i niewygodnie i cały czas żałuję, że nie podpięłam dziada do uprzęży. Generalnie w czasie zjazdu udaje mi się: 

1. zmówić szybką modlitwę w intencji poprawnego przepinania, techniki zawsze dwóch punktów asekuracyjnych, rolki – coby się nie rozkręciła, wszystkich karabinków i liny mocnej choć nieco sfatygowanej;

2. puścić  bluzga w stronę Mariusza, który każe mi się uśmiechać i pozować do zdjęcia, kiedy ja tu o życie walczę; 

3. rozważyć opcję utraty przytomności i poczekania na akcję ratunkową (bez sensu bo uprząż mi się wrzyna w … wiadomo); 

4. rozważyć opcję zrzucenia plecaka w przepaść, bo bez takiego garba z pewnością byłoby przyjemniej (opcja zostaje odrzucona, bo w środku jest cenny batonik).

Mimo wszystko wrażenia są niesamowite i nawet jakoś udaje mi się doturlać na dół.

Z góry udaje nam się namierzyć misia buszującego w borówkach w Wielkiej Świstówce. Na szczęście chłopak zajęty jest sobą i nie zwraca żadnej uwagi na nadchodzących grotołazów. Na wszelki wypadek robimy dużo hałasu, coby go skutecznie od nas odstraszyć. Jeszcze tylko zejście na Przysłop Miętusi przez chaszcze, pokrzywy i gniazda os (kto ostatnio był ten wie o czym mówię :)) i szybki truchcik do samochodu pozostawionego u wylotu Doliny Małej Łąki. I na tym relację możnaby zakończyć, ale warto wspomnieć, że po szybkim pseudoobiedzie i prysznicu wsiadamy w Matrixa i jedziemy do Warszawy. Na drodze leżą postrącane z drzew gałęzie, liście i nie wiadomo co jeszcze. Po drodze kilkakrotnie łapie nas silna ulewa. W efekcie do domu docieram ok. 5 rano w poniedziałek. Karmię zwierzynę, piję kawusię i lecę na siódmą do pracy. A jednak sen jest zupełnie zbędny !

 

PS. Zdjęcia autorstwa Asi S. i Mariusza M. ubarwią relację jak tylko uda mi się je od nich wydobyć.

 

Wystąpili:

       Asia Siwirska

       Lech Latecki

       Mariusz Mejza

       Asia Magdalińska

       i gościnnie (w drodze na Gerlach) - Mariolka

Przeczytano 2079 razy

Podziel się

share on facebook share on linkedin share on twitter
Joanna Magdalińska

Nieuleczalna kociara, miłośniczka aktywnego wypoczynku, nałogowa degustatorka tanich win, kolekcjonerka skał radioaktywnych... Zapytaj co myślę, a z pewnością odpowiem Ci z gracją i szczerością Małej Mi z Muminków;)

Współpracujemy z:

 

 

Jesteśmy członkiem PZA 
Współpracujemy z e-przemek.pl
 

 

Skontaktuj się z nami

Masz pomysł na ciekawą wyprawę, projekt?

Chciałbyś poznać wyjątkowych i wyjątkowo dzielnych ludzi?

Chciałbyś spróbować swoich sił w poruszaniu się po górach i jaskiniach?

skontaktuj się