Autorka:  2017-10-30

Co kryją Zlaté Hory? relacja Grabka

(2 głosów)

Siedem, może dziesięć dni do wyjazdu, a ja mam drugi raz ten sam sen: w „Naszej Komorze”, którą trzymamy w tajemnicy przed wszystkimi, na drugiej przepince nad półką skalną, odpadam i lecę. Robię to znudzony codziennością zmywania garów, chodzenia do pracy, zmęczeniem ludźmi krytykującymi mnie, za wszystko co robię, trochę ze zmęczenia – po prostu robię jakiś bezmyślny błąd i odpadam. Nigdy wcześniej tak nie miałem. Owszem, typowe u mnie jest zdenerwowanie przed wyjazdem z kilkoma noclegami pod ziemią, ale ten sam sen dwa razy? Coś chyba może być nie tak…

   Jak zwykle dopinam sprawy do końca na ile mogę: kończę coś na budowie, wymieniam żarówkę w samochodzie, komuś oddaję 10 zł, bo wcześniej nie miałem okazji… Pakowanie na ostatni moment. Najlepiej. Bez zbędnych rozważań, czy wziąć jeszcze to czy tamto. Po prostu pakuję, kładę się spać i rano wyjeżdżam. Głowa najważniejsza – tłumaczę sobie, gdy dopadają mnie myśli, że czegoś nie wziąłem. W Warszawie ze Wschodniego Pendolino do Opola. Fajny pociąg. Przysiada się do mnie pan sprzątający. Narzeka i wymienia, co tu się popsuło i że nie ma kto naprawić. Mam ochotę powiedzieć: „Człowieku, jadę pod ziemię i mam wrażenie, że nie wrócę, a Ty mi tu o żarówce w kiblu…”. Siedzę jednak cicho - przecież nie uwierzy.
    W Opolu spotykam ‘W’ – nieco przeziębiony, ale ciągle to ta sama gęba, na widok której wszystko, czego się obawiałem, zamienia się w radochę przebywania z niesamowitymi ludźmi i robienia czegoś, czego inni nie są w stanie sobie wyobrazić siedząc przed tv.
    Wyjeżdżamy. Po drodze dosiada się ‘T’. Pełnia szczęścia. Spotkać ludzi po kilku miesiącach i widzieć, że cały ten czas wszyscy harowaliśmy, żeby osiągnąć to, co teraz robimy.
 Tuż przed granicą zakupy. Typowe dylematy, co wziąć. Doświadczenie uczy: energetyki w plastikowych butelkach, bo puszki pękają, jak usiądziesz na worku. I koniecznie w Polsce, bo w Czechach biorąc „mazadlo” lub „smarowidlo” jako masło, pod ziemią będziesz miał dżem lub pasztet.
   Granica z Czechami i zaraz podjazd pod górę. Na małej polanie wywalamy toboły. ‘W’ idzie zostawić samochód pod kościołem, a ja z ‘T’ tachamy wory pod wejście do dziury. Każdy po trzy na raz, odcinkami po ok. 100 metrów pod górę, każdy odcinek po 3 razy, żeby zabrać wszystko. Męczące, ale na szczęście nie jest tak daleko, jak przy podejściach w Tatrach. Po godzinie wszystko na miejscu, w małym leju jak po bombie. Przychodzi ‘W’ i zaczyna odkopywać ziemię, kamienie, potem deski. Dmuchnęło, deski spadły i zaczyna mocno wiać z otworu. W podmuchu czuć kilometry korytarzy. Przebieramy się i pojawia się pierwszy problem: worki są za ciężkie. ‘W’ przeziębiony -  nie ma tyle siły, co zawsze i musimy coś zostawić. Każdy wziął po 1 piwie – zostawiamy je na zewnątrz, jako nagrodę po wyjściu. Do tego rezygnujemy z 5 litrów wody do mycia i jakichś szpargałów.
    Jak zwykle wchodzę ostatni, i jak zwykle to samo tłumaczenie: jestem największy i jak zatkam otwór to nici z wypadu. Tuż za przekopem, w ciasnym przecisku, znajome pajączki Meta Menardi. Dawno nie widziałem. Jestem w środku. Boże, co za chlew! Stare butelki po olejach, opony, spróchniałe deski – żałuję, że przyjechałem. Do tego teraz schylony w tym syfie, muszę taszczyć te ciężkie worki. ‘W’ słabnie, ale jeszcze daje radę. Prowadzi, poręczuje, ale nosi coraz mniej. Nadrabiamy za niego. W końcu jest. Pierwsza większa komora. Piękna. Wracam po resztę worów. ‘W’ i ‘T’ budują tyrolkę, jako wyciąg do wciągania worów. ‘W’ gdzieś wysoko – widać tylko światełko czołówki i ‘T’ wielkości zapałki trochę poniżej. Siadam i gaszę czołówkę. Uwielbiam to. Jakbym grał główną rolę w dokumencie National Geographic , tyle, że … oni tu nie wejdą. Przyjemny chłód, specyficzna akustyka, wilgoć i dwa światełka czołówek wysoko na ścianie.
    ‘W’ dociera do obozu założonego dwa lata wcześniej. Chory - od razu pada i zasypia. Trzęsie się. Ja i ‘T’ nosimy wory… wodę, udar, akumulatory, żywność, liny 3 x 100 metrów plus krótkie odcinki… dużo tego.

Fot. Obóz

 W końcu wszystko dociera na obóz. ‘W’ się budzi i bierze leki. Grzejemy kamień na kuchence gazowej, owijamy go w bluzę i wkładamy mu do śpiwora. Zasypia. Krótka narada z ‘T’, posiłek i decydujemy, że trzymamy się planu. Bierzemy wory z linami i przygotowujemy zjazd do „Naszej Komory” – tej co mam złe przeczucia. Odgrzebane z gliny plakietki, mocowane pół roku wcześniej, zeżarte jakimś kwasem nie nadają się do użycia. Wymieniamy je na wszelki wypadek razem z kotwami. Wracamy na obóz i kładziemy się spać. Fajny śpiwór na -10 st. C, po tym, jak przed ostatnim wypadem ktoś z mojej rodzinki wyprał mi poprzedni śpiworek w pralce, czego efektem były nie przespane z zimna noce.

Fot. Zniszczone kwasem plakietki

   Zasypiamy szybko przy świeczkach. Budzę się… nie wiem, która godzina. Ciemność taka, że nie wiem, czy otworzyłem oczy. Macham sobie ręką przed twarzą – dalej nie wiem, czy je otworzyłem. Zasypiam ponownie. Budzi mnie jakaś punkowa piosenka z telefonu. ‘W’ całkowicie zdrowy wstaje i zaczyna działać. Zaczynamy się ubierać. Kolejny plus nabytego pod ziemią doświadczenia: zanim założysz mokre, neoprenowe skarpetki, nagrzej je w śpiworku między udami. Tylko nie oddychaj przy ich wyciąganiu!
   Na śniadanie kulki z rozwalonych bułek maślanych, owinięte plastrem konserwy, która na powierzchni jest nie do zjedzenia. To wszystko zagryzane parówką – jedyną rzeczą nie usmoloną gliną z brudnych rąk. Kawa, batonik, energetyk i w drogę. W szpejarce jak zwykle trochę wody i Snickers z Tigerem.
   Dojście do „Naszej Komory” i zjazd idą sprawnie. Wracają wspomnienia, kiedy zjechałem do niej pierwszy raz, po jej znalezieniu i czułem się, jakbym wylądował na księżycu. ‘T’ robi zdjęcia, ja wszędzie rozpalam małe świeczki. Komora olbrzymia - w kształcie liścia koniczyny. ‘W’ odpala sylwestrową rakietę. Nawet nie dolatuje do końca – za daleko. Trudno uwierzyć, że to dzieło ludzkich rąk … a jednak. Kręcimy się, odpoczywamy, leżymy, reflektorem i wszystkimi latarkami próbujemy oświetlić strop. Nie da się wyjść z podziwu. W lewym płatku liścia ‘W’ znajduje małe przejście – idziemy wszyscy. Pełno korytarzy, magazyny – spoglądamy na mapę… Kur… mać! Przecież to przejście do dawno zamkniętej kopalni ‘H’. „To się chłopaki we Wrocławiu ucieszą, jak się dowiedzą, że znowu jest możliwość wejścia”.

 

 

Fot. "Nasza" komora

 
   Radość krótka, kończy się woda, siły, jedzenie – musimy wracać. Wchodzę drugi. Przede mną przepinka, która mi się śniła. Wchodząc łapię rytm: 2 oddechy - 1 przeciągnięcie liny w crollu. Szybko tracę siły – odpoczywam. Patrzę w dół: super – lina tak się rozciągnęła, że głowa ‘W’ jest koło mojego buta, a ja już zmęczony. Trudno. Pompuję dalej. Zawsze po 15 – 20 minutach mam dla siebie prezent. Snickers i lodowaty energetyk ze szpejarki pochłaniam w minutę. Dochodzę do przepinki – wszystko robię prawidłowo, przechodzę ją, odwracam się… - głupi był ten sen. Zaraz jestem przy stanowisku – koniec zabawy na dziś, wracamy na obóz. Pora posiedzieć, wypić po kubku grzanego wina i iść spać. Hmm… grzane wino w blaszanym kubku pod ziemią – grzeje ręce, uda i od środka.

 

Fot. Okolice przepinki

   Rano znowu muzyka z telefonu.
- ‘W’ daj pospać. Na urlopie jestem!
- W pracy się wyśpisz – wstawaj!
Na śniadanie to samo tylko jeszcze bardziej brudne. W pewnym momencie słyszę znajome stukanie. ‘T’ kroi pomidorka na … desce do krojenia! Nie wierzę!
- ‘T’ kur… !!! Zostawiliśmy wodę przed wejściem, bo było za ciężko, a Ty wniosłeś tu deskę do krojenia?
- A na czym miałem to pokroić? – zdziwiony o co mi chodzi ‘T’
- Na dupie!!! Albo w powietrzu!!!
Zdziwiony równie mocno sytuacją ‘W’ włącza się do rozmowy:
-Wziąłeś deskę do krojenia tylko do tego pomidora?
-Nie, mam jeszcze ogórka…
   Dopijam kawę, popijam energetykiem i łykiem wody. Wodę dawkujemy, bo mamy przecież deskę… Czuję, że się starzeję – muszę iść do toalety. Dobrze, że teraz, a nie po założeniu uprzęży. Strefa zwana toaletą to swoisty pamiętnik: tu ja na poprzednim wyjeździe, tu ‘T’ wczoraj, tu ‘W’ dzisiaj. Swoją drogą uwalić kupkę na osuwających się kamieniach nie jest proste. Zawsze przypomina mi się opowieść Izy W., jak to kiedyś ktoś nawalił sobie do kaptura i nie mógł znaleźć. Kombinezon mam bez kaptura, ale ile ja musiałem dorastać, żeby wpaść na złotą myśl: dołóż do papieru toaletowego chusteczki nawilżane – wrażenie, jakby prysznic wziąć.

 

Fot. Korytarze

 
   Korytarzami idziemy dość daleko. Jedne zalane gliną, w których się grzęźnie i szybko męczy, inne niskie, gdzie bolą plecy, a jeszcze inne wysokie z twardym nasypem po kolejce wąskotorowej. Przed nami szyb windowy: 250-300 metrów pod górę drabinką. Woda leje się z góry w takich ilościach, że jak nie pochylisz głowy, to nie będziesz miał czym oddychać. Ja i ‘T’ zakładamy opeki. ‘W’ – mistrz redukcji kosztów wyjazdu, zakłada 2 worki foliowe i owija się taśmą powertape.

 
Fot. Mistrz redukcji kosztów                                     Fot. Magazyny

 
   Pozornie trudne podejście okazuje się bardzo przyjemnym. Strugi zimnej wody nie pozwalają się zmęczyć, pić się nie chce, drabinka z obudową wygląda bezpiecznie i co chwilę podest, żeby odpocząć. 40-50 minut i jestem na miejscu. Kopalnia ‘HS’ – sporo o niej słyszałem. Latamy jak opętani po korytarzach. Skrzynie, magazyn ładunków wybuchowych, ładunki wybuchowe przypominające kiełbasy, lonty, jakieś maszyny do kruszenia skał, resztki opakowań po jedzeniu w pomieszczeniach socjalnych, wagoniki – wszystko bezlitośnie wchłaniane przez matkę naturę.

 
Fot. Pozostałości ładunków wybuchowych                                Fot. Maszyna do kruszenia skał

   Idąc za ‘T’ nagle czuję, że tracę przytomność. Łapię się ściany i za wszelką cenę idę naprzód w lepiącej glinie. Woda po uda. Dziwne osłabienie.
-‘W’ kur… włączyłeś detektor?
- Włączyłem
-Działa on w ogóle? Kalibrowałeś?
- Nie musiałem, jeszcze pół roku ważny.
‘T’ włącza się do rozmowy:
- Ja nadepnąłem na jakąś deskę. Słyszałem, że bąble wyleciały za moimi plecami. Pewnie jakaś mała chmura siarkowodoru i wlazłeś w nią, jak szedłeś za mną.
Mała chmura – słowa klucze do zakończenia rozmowy i kontynuowania drogi przez ten świat bez nieba. Żyje tu coś sprawiającego wrażenie grzyba o konsystencji galarety albo meduzy.


   Fuck! Zgubiłem się! Nie ma nikogo. Krótkofalówki jak zwykle zostały na obozie, bo przecież jakbym je zabrał, to by były niepotrzebne. Siadam i czekam. Jak się później okaże, każdy z nas robi dokładnie to samo. W końcu marzniemy do tego stopnia, że wstajemy, odnajdujemy się i łazimy dalej. Działający system grawitacyjnego gaszenia pożarów, magia ludzkiego wysiłku zamknięta w tych korytarzach i zmieniona przez erozję w coś dziwnego. Wszystko, co nie zalane wodą, rozpada się w rękach albo zżera ten grzyb. Upływ czasu wyznacza spadek ilości wody pitnej i batoników. W końcu czas na słoik „Kociołka do syta” na ciepło i wracamy na obóz. Docierać zaczyna myśl, że jutro wychodzimy. Na obozie znowu grzane wino i próba nadrobienia rozmów, żeby starczyło na dłużej. Bez sensu.

   Śpimy długo. Jak zwykle na wyjściu zostawiamy znicz na stole. Jego widok z daleka po raz kolejny pozwala nam uzmysłowić sobie, nad jak wielką komorą nocujemy i jak mała jest półka skalna, na której zrobiliśmy tak rozbudowany obóz. A przecież to jedna z wielu komór. Dużo mniejsza od tej właściwej, w której byliśmy dwa dni wcześniej.
   Jak zwykle zostawiamy jakąś konserwę i karimaty. Taki talizman pozwalający mieć nadzieję, że wrócimy tu razem. Znowu wynoszenie tobołów, znowu ten syf na wejściu i w końcu słońce. Dziwne uczucie, kiedy nie trzeba świecić latarką, żeby coś zobaczyć. Do tego wszystkiego spadło 20 cm śniegu, ale nie zakryło to zielonego koloru. Pod ziemią nie ma zieleni. Piwa zostawione przed wejściem lodowate, nikt nie ma ochoty, ale mordujemy jedno dla zasady. Przebieramy się. Dokładnie maskujemy wejście. Łącznie z ułożeniem ściółki leśnej i przysypaniem śniegiem. Dzwonimy do domów i ekipy zabezpieczającej wyjazd. Mam zbyt zmarznięte palce, żeby zmienić neoprenowe skarpetki. W Opolu chłopaki się śmieją: pamiętaj, że jak sprzedadzą ci bilet, to już konduktor cię nie wyrzuci. Śmieszne… Całą drogę nie ruszam nawet palcem w bucie, żeby smród się z niego nie wydobył. Warszawa Wschodnia, potem Wyszków. Wchodzę do domu. Synek Sebastian (8lat) rzuca mi się na szyję i ściska.
- Seba śmierdzę.
- No to co…
Buziak od Anki, siadam i otwieram piwo. Magiczne pierwsze trzy łyki, czy to w domu czy na bazie u p. Krysi.
- Śmierdzisz, jakby fajnie było…
- No… zaraz się wykąpie.
- Daj spokój, przyzwyczaiłam się… Sorry za gary w zlewie, Seba miał dużo lekcji i musiałam go przypilnować.
-Ech… nawet nie masz pojęcia, jak chętnie pozmywam.

 Autor: RAFAŁ GRABOWSKI.

 

Przeczytano 169 razy

Podziel się

share on facebook share on linkedin share on twitter
Joanna Magdalińska

Nieuleczalna kociara, miłośniczka aktywnego wypoczynku, nałogowa degustatorka tanich win, kolekcjonerka skał radioaktywnych... Zapytaj co myślę, a z pewnością odpowiem Ci z gracją i szczerością Małej Mi z Muminków;)

Współpracujemy z:

 

 

Jesteśmy członkiem PZA 
Współpracujemy z e-przemek.pl
 

 

Skontaktuj się z nami

Masz pomysł na ciekawą wyprawę, projekt?

Chciałbyś poznać wyjątkowych i wyjątkowo dzielnych ludzi?

Chciałbyś spróbować swoich sił w poruszaniu się po górach i jaskiniach?

skontaktuj się